Kolumbia oczami Karoliny, czyli opowieść o byciu Gringo, spaniu w hamaku i nielegalnym Uberze.

Karolina jak sama siebie określa, na co dzień jest korpo – człowiekiem, pracuje w banku. Nie przeszkadza jej to w realizowaniu podróżniczych celów. Zaczynała jeszcze na studiach wygrywając wyścig autostopem organizowany przez Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu oraz działający przy nim klub podróżników BIT. Wtedy razem ze swoją koleżanką Dominiką dotarły z Wrocławia do chorwackiego Dubrownika w zaledwie 18 godzin. W kolejnych latach dojechała stopem m.in. do Barcelony, Rzymu czy greckiego półwyspu Chalkidiki. Nic więc dziwnego, że w końcu sięgnęła po więcej. Padło na Kolumbię o której opowiedziała nam z niezwykłą ikrą w głosie, której po prostu nie dało się zauważyć.

Kolumbia 1a
Choachi
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszam na jej profil na Instagramie

Opowiedz nam o odległej, słonecznej Kolumbii. Chciałbym skonfrontować swoją europejską wizję o tym kraju z twoimi przeżyciami. Mimo tego, że przed naszym spotkaniem poczytałem trochę o Kolumbii i dowiedziałem się co nieco to wciąż na pierwszym planie pojawiają się..

Karolina: Narkotyki.

Tak, głównie narkotyki, mafia, i wielkie niebezpieczeństwo. Takie głosy też dochodziły do Ciebie, jak sama pisałaś na swoim Instagramie, niektórzy wróżyli Ci powrót w czarnym worku. Dlatego jestem niezwykle ciekawy co skłoniło Cię do tego wyjazdu?

Karolina: W zasadzie to wszystko ma swój początek w USA. Rok temu byłam tam na campie (program typu work and travel) i pracując na kuchni poznałam dwie naprawdę fajne Kolumbijki. Strasznie się zaprzyjaźniłyśmy, utrzymywałyśmy kontakt długo po powrocie, a po pół roku kupiłam bilety do Kolumbii, a dokładniej mówiąc było to jakoś po Sylwestrze. Pomyślałam sobie: Kolumbia? Czemu nie? Jestem sama, nie mam wobec nikogo żadnych zobowiązań, dlaczego nie korzystać z takiej możliwości. I tak w zasadzie podjęłam decyzję o wyjeździe.

I poleciałaś, całkiem sama na drugi koniec świata?

Karolina: Tak, poleciałam sama, bo stwierdziłam, że fajnie będzie przeżyć taką przygodę i widziałam, że na miejscu mogę liczyć na dziewczyny. Cała ta narkotykowa otoczka jakoś nie była mi straszna, a lokalsi nie lubią o tym rozmawiać

Zanim zadam Ci całą masę pytań o samą Kolumbię, chciałbym żebyś opowiedziała o tym jak ty się do tego wszystkiego przygotowałaś? To przecież mnóstwo rzeczy do ogarnięcia: lot, nocleg itd. Tym bardziej, że odwiedziłaś w Kolumbii parę miejsc. Po za tym taki wypad wiąże się z kosztami. Nie oczekuje, że podasz nam konkretne kwoty, ale czy był to tani wypad czy raczej jeden z droższych w twojej karierze podróżniczej?

Karolina: Raczej jeden z droższych, ale to dlatego, że ja pojechałam tam na wakacje. Wiedziałam, że jadę tylko tam i to główny cel mojej podróży, więc jeśli miałam ochotę na jakiegoś super drinka w kokosie to po prostu go kupowałam (śmiech)

Po prostu sobie nie żałowałaś.

Karolina: Dokładnie. Tym bardziej, że ceny w Kolumbii są zachęcające. Na przykład na śniadanie jedzą tam wielką michę zupy z mięsem za którą zapłacisz jakieś 3000 peso, co daje mniej więcej równowartość jednego dolara. Za obiad zapłacisz w granicach 5 dolarów. Za nocleg też nie policzyli dużo, za tydzień w hostelu nad Morzem Karaibskim zapłaciłam 3 stówy, także bardzo dobra cena

Mówisz o 3 stówach w dolarach czy w złotówkach?

Karolina: O złotówkach. Hostele i jedzenie cenowo wychodzą bardzo przystępnie, natomiast droższy jest transport wewnątrz Kolumbii. Niestety będąc tam jako „Gringo” musisz się nastawić na to, że skasują Cię więcej. Kolumbijczycy za bilet w autobusie płacili 1$, ja musiałam zapłacić aż 4$. Nie było sensu się wykłócać, tym bardziej, że hiszpańskiego nie znam.

Poznawanie Kolumbii zaczęłaś od Bogoty, bo tam przyleciałaś. Miasto ogromne, stolica kraju, opowiadaj!

Karolina: W Bogocie zatrzymałam się u moich dziewczyn z campa, więc miałam okazję poznać miasto od trochę innej strony. Widziałam bardzo dużo nieturystycznych miejsc. Wszędzie byłam z kimś stamtąd. Jeśli dziewczyny nie mogły ze mną łazić to załatwiały mi kogoś ze swoich znajomych jako przewodnika. Nie zawsze mówili po angielsku (śmiech), także było bardzo ciekawie. Chociaż przez to, że ja nie znam hiszpańskiego i ciągle mówiłam im tylko „si si si”, raz skończyłam robiąc chleb bananowy z jednym ze znajomych, bo przecież sama się na to zgodziłam (śmiech). Bardzo ciekawe doświadczenie.

Kolumbia 2
Bogota
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

Pierwszego dnia w Bogocie zaliczyłam wszystkie punkty typowo turystyczne: centrum, Plaza de Bolivar, La Candelaria, piękne uliczki ozdobione przeróżnymi graffiti. Pierwsze zetknięcie z Bogotą było bardzo pozytywne. Jak wróciliśmy do dzielnicy, w której mieszkają moi znajomi, oddalonej o 30 minut  od centrum to ludzie tam byli mną strasznie zaciekawieni.

Wzbudziłaś sensację wśród lokalsów.

Karolina: Tak, trochę tak. Wiesz, oni na swojej dzielnicy, która nie jest raczej atrakcyjna turystycznie, nigdy nie widzieli białej dziewczyny z Europy. Kierowca z Ubera powiedział mi nawet, że rzadko bierze kogoś na kurs z tamtych okolic, bo nie jest to najbezpieczniejsza część Bogoty. Na szczęście moje zagraniczne nazwisko przekonało go, żeby mnie odebrać. Powiem Ci szczerze, że ja nie czułam się tam zagrożona. Mieszkańcy byli mnie bardzo ciekawi, jak mijałam stoiska z jedzeniem to wszystkim mnie częstowali, bo chcieli wiedzieć czy mi smakuje.

Kolumbia 3
Bogota
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

 

Strasznie miło Cię przyjęli.

Tak, cieszyli się moją obecnością. Zdarzyły się też jakieś zaczepki, coś tam sobie wykrzykiwali w moją stronę, ale nie było to groźne. Ani razu nie poczułam, że zaraz mogę stracić portfel albo telefon. Bo wiesz w Bogocie nie chodzi się z aparatem, albo telefonem na wierzchu, a pieniądze trzyma się raczej przy sobie, a nie w plecaku.

Wydaje mi się, że ciężko zetknąć się z tymi regułami, bo w Polsce nie mamy z tym problemu. Będąc tam może się człowiekowi wydawać, że ciągle jest w niebezpieczeństwie. Podziwiam za to, że się nie bałaś.

Karolina: Nosiłam też drugi portfel, w którym miałam stare karty i odrobinę pieniędzy, żeby w razie czego móc go oddać. Dało się zauważyć nawet po miejscowych, że ciągle się chronią. Moje koleżanki Kolumbijki, wiele razy straciły już telefony. Jednak ciekawe jest to, że oni zazwyczaj potrafią rozpoznać potencjalnego złodzieja. Mają nawet jakiś tam sygnał do ostrzegania. Nie pamiętam jaki, ale.. A jednak pamiętam. Drapanie się po policzku. Wtedy wiadomo, trzeba na siebie uważać bo może być kiepsko.

Zapomniałem Cię zapytać jak długi był twój wypad do Kolumbii.

Karolina: 17 dni.

Strasznie długo. Dostałaś taki urlop?

Karolina: Tak, KOCHAM TĘ PRACĘ! (śmiech). Jeśli chodzi o to corpo to idą na rękę. Mój kolega pracujący biurko obok właśnie poleciał do Peru, także pracodawca super, warto się tam zatrudnić.

Zaczynam się zastanawiać na złożeniem tam CV, ale o tym później (śmiech). Wracajmy do Kolumbii. Co po Bogocie?

Karolina: W zasadzie w Bogocie spędziłam aż tydzień, bo chciałam spędzić trochę czasu z koleżankami, ale zwiedzałam tam okoliczne miejsca. Byłam na przykład w miasteczku Zipaquira. Miasto, które było kiedyś podzielone pomiędzy Indian i resztę mieszkańców, którzy uważali Indian za zło. Miały tam miejsca rozstrzelania na głównym placu. Jest też w tej miejscowości katedra solna, która została przerobiona na stacje drogi krzyżowej Jezusa.

No tak, to bardzo mocno katolicki kraj.

Karolina: Dokładnie. Mimo tego, że osobiście jestem średnio katolicka, to wybrałam się tam. Cała atmosfera tego miejsca jest niesamowita. Dostajesz słuchawki z przewodnikiem, jest bardzo nastrojowa muzyka i idziesz tymi stacjami. Chłoniesz całą historię, gdzieś za ołtarzem widzisz wielką dziurę bo nie zapominajmy, że to wszystko znajduje się w jaskini. Nawet się tam modliłam, bo cała energia tego miejsca wpływa na człowieka jakoś tak dziwnie. Ciężko to opisać. Strasznie dziwne uczucie. To takie jakby oczyszczenie. Nie wiem jak to nazwać.

Kolumbia 4
Zipaquira
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

 

Dotknęło twojej duszy.

Karolina: O tak, świetnie ujęte (śmiech).

I cóż dalej? Bo to nie jedyne miejsca w Kolumbii, które odwiedziłaś. Jak ty się tam przemieszczałaś, bo to że liczyli Cię drożej już wiemy. Byłaś też nad morzem, a z Bogoty nad morze jednak kawałek jest.

Karolina: Nad morze akurat samolotem. Lot wewnętrzny, tylko z bagażem podręcznym. A po za tym dużo transportu publicznego, głównie autobusy. Tylko u nich jest trochę inaczej. Na przystanku trzeba zamachać, nie zatrzymują się też wszędzie. Czasem nie masz zielonego pojęcia gdzie masz wysiąść, także dobrze usiąść koło któregoś z miejscowych i po prostu zapytać. To bardzo pomocne, chociaż nie zawsze się sprawdzało.

Zawsze możesz się zgubić, też fajna sprawa. Będzie to dodatkowa atrakcja.

Karolina: No tak, tylko możesz wysiąść w nieciekawej dzielnicy.

Rzeczywiście, zapomniałem o tym. Jest takie ryzyko.

Karolina: Jest ryzyko jest zabawa (śmiech). Zdarzało mi się też jeździć taksówkami, chociaż te są raczej słabe. No i Uber, który jest tam nielegalny, ale i tak funkcjonuje. Trzeba tylko pamiętać, żeby siadać z przodu, bo jakby była jakaś kontrola, żeby się nie wydało. Chociaż nawet jakbym trafiła na kontrole to i tak bym niczego nie zrozumiała. (śmiech) Jest najtańszą opcją, także sam rozumiesz. Po za tym większy komfort, wiesz do kogo wsiadasz.

Powiem Ci, że nie spodziewałem się, że Uber może być nielegalny.

Karolina: No widzisz tak tam jest. Po za tym problemem w Kolumbii jest Internet. Nie było go wszędzie. Jak za drugim razem lądowałam w Bogocie, to dziewczyny mnie już nie odbierały. Uznałam, że mogę być super niezależna, zamówiłam sobie Uberka i co się okazało? Wyszłam z lotniska i straciłam Internet (śmiech). Zapamiętałam rejestrację, także co mi pozostało, stałam czekałam.

No tak nie ma tam unijnego roamingu.

Karolina: Problemy były nawet ze zwykłymi połączeniami. Na kolumbijskie numery mogłam tylko wysyłać SMS-y, zero połączeń. Nie wiem dlaczego. Coś mi tam mówili po hiszpańsku w słuchawce, ale się nie zagłębiałam (śmiech).

To jak ty to przeżyłaś? Został Ci tylko Internet, którego też dużo nie miałaś.

Karolina: Trzeba było sobie radzić.

W sumie to z jednej strony dobrze, odpoczęłaś trochę od telefonu. 

Karolina: Dokładnie tak. Co więcej będąc na wybrzeżu karaibskim, wybrałam się na taki dwudniowy trekking do dżungli gdzie miałam tylko tyle zasięgu by wysłać mamie SMS-a „Mamo żyje” i tyle. 

Zostawmy Internet skoro i tak go nie było, opowiadaj więcej o wyprawie do dżungli.

Kolumbia 8
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

Karolina: Pierwszego dnia idziesz i odkrywasz, zostajesz tam na noc, masz nocleg, a drugiego dnia wracasz. Przynajmniej taki był mój plan, bo można tam zostać dłużej. Doświadczenie naprawdę super, można było zobaczyć całą masę zwierzątek. Idziesz sobie i widzisz jakieś małpy czy leniwce gady i inne cuda. Niesamowita przygoda, wyobraź sobie, że idziesz sam dżunglą na szczyt góry bo tam będziesz spać tej nocy. Ja akurat spałam w hamaku na szczycie w takim jakby domku, który był otwarty, więc miałam idealny widok na morze. Budzisz się rano, na wschód słońca i podziwiasz ten widok. Było tam około 20 takich hamaków, także niedużo. Akurat tam na górze spotkałam dwóch Niemców, którzy mówili po polsku. To było moje pierwsze zetknięcie z polskim w Kolumbii i byłam prze-szczęśliwa, że mogę pogadać trochę po polsku.

Aż ciężko uwierzyć, że w kolumbijskiej dżungli spotkałaś Niemców mówiących po polsku.

Karolina: Tak, to strasznie fajne, spaliśmy sobie koło siebie na hamaczkach. Niezwykły przypadek. Co jeszcze zadziwiające, tam są też restauracje prowadzone przez mieszkańców i nie wyobrażam sobie jak oni po zakupy jeżdżą, na koniach pewnie. Bo można na samą górę wjechać na koniu.

Szkoda konia!

Karolina: Dokładnie, tym bardziej, że są tam takie odcinki które na których musisz się wspinać rękami, także nie mam pojęcia jak te konie miałby sobie tam poradzić.

Ty konia nie brałaś?

Karolina: Nie, no co ty, sama łaziłam. Jak wracałam z tego noclegu to wyruszyłam rano, żeby po drodze obejrzeć jeszcze znajdujące się tam zaginione miasto. Ludzie których tam poznałam nie chcieli iść ze mną, chcieli wracać tą samą drogą którą przyszli. Ja stwierdziłam, że wyruszę sobie sama w zaginione miasto i tak zrobiłam.

Odważnie.

Karolina: I oczywiście przy pierwszym rozwidleniu drogi trzeba iść albo prawo albo w lewo. Okazało się, że była też droga prosto, której nie zauważyłam. Idąc drogą w lewo spotkałam po drodze ogromny kamień i rzekę, więc domyśliłam się że to nie to i za wróciłam. Idąc w prawo zauważyłam rozwieszone pranie, ale zwątpiłam i też zawróciłam i poczekałam na kogoś kto będzie tamtędy szedł. Pojawiło się dwóch Hiszpanów do których się podłączyłam i super, że tak zrobiłam bo dotarłam z nimi na miejsce. 

Najważniejsze, że dotarłaś na miejsce.

Karolina: Tak udało się, na szczęście. Wiesz w tym opuszczonym mieście mieszkają ludzie. Turyści zachowują się wobec nich niestety strasznie niefajnie. Wchodzą do domów, zaglądają im przez okna. Ci mieszkający tam ludzie ciągle się chowają, a spokój mają w sumie tylko w nocy. To musi być dla nich strasznie męczące. No, ale trzeba było wracać. Szłam sobie spokojnie po śladach końskich kup.

Aha (śmiech)

Karolina: Wiesz, oznakowanie jest średnie, trzeba sobie radzić. Chociaż wiadomo, im bliżej wyjścia tym łatwiej. Zaczynają się pojawiać domki, większa szansa na spotkanie kogoś na trasie. I właśnie pod koniec trasy spotkałam wesołego mieszkańca, który sprzedawał herbatę z koki. Namawiał mnie strasznie, żebym kupiła. Mówił, że to sama natura i zapraszał do chillowania. Jestem pewna, że był zjarany. (śmiech) Samej herbaty próbowałam, ale nic się po tym specjalnego nie dzieje. To tak jak picie herbatki ziołowej. Można to kupić w Kolumbii w wielu sklepach, ale czytałam, że na jakimś lotnisku, chyba w Niemczech, w Monachium. Zatrzymali kogoś za cukierki z koką, dostał grzywnę jeszcze. Dlatego chyba nie warta zachodu taka herbatka.

Dokładnie, nie ma co ryzykować, tym bardziej jeśli nic to nie daje (śmiech). Chciałbym Cię teraz zapytać o samych Kolumbijczyków, jacy są w twojej ocenie? Pomocni czy raczej niechętni wobec obcych?

Karolina: Nie, zero niechęci. Są bardzo otwarci, pomocni, sympatyczni, weseli. Wszędzie leci muzyka, w każdym sklepie pogłośniona na maxa. Sprzedawcy sobie tańczą. Wszyscy są uśmiechnięci. Jak widzą, że jesteś gdzieś zagubiony to podchodzą do Ciebie, zagadują próbują pomóc. 

Czyli nie każdy jest tam bossem mafii narkotykowej? (śmiech)

Karolina: Zupełnie nie. Otwarci i sympatyczni ludzie. Mają też coś takiego, że w busach sprzedają różne rzeczy. Wsiada Kolumbijczyk i sprzedaje czekoladki na przykład. Rozdaje każdemu pasażerowi czekoladkę. Jeśli chcesz kupić to płacisz,  jeśli nie chcesz to oddajesz czekoladkę. I później nawet jak chcesz kupić te czekoladkę to ona jest taka zmacana (śmiech).

Chyba bym nie chciał kupić, chociaż z drugiej strony. A ty kupiłaś?

Karolina: Raz się dałam namówić i zjadłam taką strasznie wymiętoloną czekoladkę. (śmiech). 

Można tam też spotkać jakiś raperów i innych takich artystów. Pozytywny naród. Żyją sobie spokojnie, mają taką energię. Może to słońce, daje im powera, chociaż w Bogocie raczej chłodniej bo 18 stopni około, a i tak zadowoleni wszyscy. Czuć, że nie jesteś w Polsce. (śmiech)

No tak zupełnie inaczej niż u nas. Uporządkujmy trochę twój wypad. Mamy już Bogotę, potem Zipaquirá z drogą krzyżową, dżunglę z hamakiem..

Karolina: Tak dżungla to w zasadzie Park Narodowy Tayrona.

Co dalej zatem? Gdzie Cię niosło?

Karolina: Jeszcze przed dżunglą z hamakiem byłam w miejscowości której nazwy nie umiem wymówić. Choachi.

Powiedz mi jeszcze czy ty układałaś sobie wcześniej jakiś plan swoich wypraw czy po prostu wchodziłaś w internet, którego prawie nie miałaś i wpisywałaś „fajne miejsca w okolicy”?

Karolina: Żadnego planu, patrzyłam w internet i w drogę  (śmiech).

Cóż tam do oglądania w Choachi?

Karolina: Głównie góry oraz jeden z największych wodospadów w okolicy. Blisko stamtąd do Bogoty. Jakieś 45 minut busem cudownymi górskimi drogami. Jadąc tam przytrafiło nam się zatrzymanie przez policję. Sprawdzali wszystkim dokumenty i szukali Wenezuelczyków, bo dużo ich teraz ucieka do Kolumbii. Na ulicach próbują sprzedawać swoją walutę, która jest bezwartościowa teraz.

Kolumbia 5
Choachi
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie
Kolumbia 5a
Choachi
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

 

Właśnie! Pieniądze. Używałaś peso czy dolarów?

Karolina: Peso ale musiałam mieć i dolary. Możesz wyciągnąć z bankomatu peso, albo wymienić dolary.

I tam są takie strasznie duże sumy w czym ja nigdy nie umiem się odnaleźć.

Karolina: Tak, byłam milionerem. Na początku miałam problem jak widziałam, że coś kosztuje 20 tysięcy. Nie wiedziałam czy to jest dużo czy mało, ale potem lokalsi mnie nauczyli jak to wszystko działa. Pokazali mi jak rozróżniać pieniądze, bo tam w obiegu są teraz stare banknoty i nowe, które trochę się od siebie różnią. Przelicznik jest mniej więcej taki 3000 peso to 1 $ czyli około 4 zł.

A co powiesz jeśli chodzi o jedzenie? To ciekawi mnie chyba najbardziej bo kocham jeść.

Karolina: Mam to samo, byłam tam w raju. Całe mnóstwo tam różnych owoców. Wszędzie świeżo wyciskane soki. A może chcesz spróbować mrówkę? Bo wydaje mi się, że mam parę przy sobie.

Kolumbia 6
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

Bardzo chętnie (mówię niepewnym tonem)

Karolina: Smakują jak taki boczek wędzony (podaje mi paczuszkę z mrówkami)

Nie umrę od tego?

Karolina: Nie no spokojnie, wszyscy w pracy to jedli. 

(zjadam)

Strasznie dobre, rzeczywiście smakuje jak boczek. Wezmę sobie jeszcze jedną (zjadam drugą). Wróćmy do twojej wyprawy. Gdzie dalej? 

Karolina: Santa Marta. Nad morzem. Miasteczko które potraktowałam jako bazę wypadową. Byłam tam w najfajniejszym hostelu na świecie, w którym ciągle trwała impreza (śmiech). Świetnie się tam bawiłam. Barmani byli tam na wolontariacie, bo są w trakcie podróży. Zostają tam na przykład na miesiąc, pracując wieczorami jako barmani za spanie i wyżywienie. Był tam Anglik który jest już 8 lat w podróży, także to już chyba bardziej styl życia. Całą masę ludzi poznałam, których podróże są dla mnie bardzo inspirujące. I właśnie stamtąd jechałam do dżungli, ale nie tylko. Byłam też w miejscowości Minca.

I co tam w Minca?

Karolina: Tam byłam na plantacji kawy. Mieliśmy tam przewodnika, który też był na wolontariacie jak barmani w hostelu. Opowiadał nam o robieniu kawy, łaziliśmy po całej plantacji. Opowiadał nam o całym procesie, próbowaliśmy kawy. Wybitnie dobra, inaczej pachnie, zupełnie inna niż ta u nas. Ja przyniosłam do pracy to mój kolega stwierdził, że dawno nie pił takiej dobrej kawy.

W Mince są też trzy wodospady, także kąpałyśmy się później w wodospadzie. Byłam tam z dziewczynami które poznałam w hostelu, jedna z Anglii, druga z Niemiec. Strasznie zimna woda, ale jak mogłyśmy nie spróbować. Tylko wiesz, trzeba było uważać bo podnosił się tam poziom wody, a dwa tygodnie wcześniej utopił się tam jakiś turysta z Niemiec. Wiadomo wszędzie nie wejdziesz, bo Cię nie daj Boże porwie czy coś.

Kolumbia 7
Autorem zdjęcia jest nasza rozmówczyni, Karolina
Po więcej zapraszamy na jej profil na Instagramie

 

To skoro jesteśmy w temacie niebezpieczeństw, to wróćmy na sekundę do tej dżungli. Pełno tam przecież owadów, węży, dzikich zwierząt. Tym bardziej, że zdarzało Ci się iść dżunglą samotnie. Nie bałaś się, że coś może się stać? Na przykład, że padniesz tam gdzieś i nikt Cię nie znajdzie?

Karolina: Wiesz, jeśli szłabym w dobrą stronę to na pewno po jakimś czasie ktoś by się pojawił i mi pomógł. Wchodząc tam miałam banana w plecaku (śmiech). Dopiero później ogarnęłam, że chyba przydałoby się szybko go zjeść, bo raczej nie chce zostać zaatakowana przez małpy (śmiech). Generalnie chyba nawet się nie bałam zwierząt. To była bardziej ciekawość. Fajnie było je zobaczyć w ich naturalnym środowisku. Jeśli chodzi o komary, to trzeba brać Malarone, bo wiesz tam można się zarazić malarią. Cały czas miałam repelenty na sobie i to takie silne. Po za tym dużo mnie komarów nie pogryzło w dżungli, więcej w hostelu (śmiech). Także zwierząt się nie bałam. Małpki sobie skakały po drzewach. Leciała liana, a tam małpka jak Tarzan. 

Strasznie fajnie musiało to wyglądać, pozazdrościć. Co było dalej? Widziałaś już dżunglę, plantację kawy w Minca, a co potem?

Karolina: Potem miałam dzień chillu, leżałam sobie na hamaczku.

No tak, należał Ci się.

Karolina: Później byłam na Costeño Beach przy Morzu Karaibskim. Tam można serfować, ale były za duże fale, także mi jako początkującej nie pozwolili spróbować. Szkoda, ale tam jest hostel, mnóstwo fajnych ludzi, chill na wielkiej plaży oglądając wielkie fale. Po za tym morze jest sztosik. Ciepła woda, przejrzysta, pięknie po prostu. 

Czyli tutaj zaczyna się taki typowo wakacyjny pobyt.

Karolina: Tak dużo czasu spędziłam właśnie w Santa Marta i okolicach. Byłam na imprezie latynoskiej (śmiech). Zupełnie inaczej się zachowują na parkiecie niż my w Europie. Tam oni tańczą tak bardziej otwarcie i seksualnie. Jak poszłam tam z ekipą z hostelu, z koleżankami z Anglii to nie wiedziałyśmy co się dzieje. Typ siedział na krześle, laska na nim tańczyła. I obok my Europejki machające rączkami (śmiech). Nikt nie chciał z nami tańczyć. Od razu było widać, że jesteśmy inne (śmiech). Śmieszna impreza, wielki trzy piętrowy budynek. Muzycznie raczej nowocześnie. Wiadomo był tam taki ich reggaeton, ale też i ta nowa rozrywkowa muzyka. Wszędzie raczej umieją tańczyć salsę. Są też lekcje salsy. Uczyłam się nawet tańczyć, fajna zabawa. 

Skoro impreza, to nasuwają mi się kolejne pytania. Jak z alkoholem na przykład? 

Karolina: Dużo rumu. Bardzo dobry mają, w różnych smakach. Mają też coś jak wódkę, ale raczej średnia.

A jak z papierosami? Nie wiem czy palisz, ja już nie, ale zawsze jak jestem gdzieś w nowym kraju to strasznie mnie ciekawi temat palenia papierosów. 

Karolina: Ja palę, to znaczy popalam. Tam paliłam bo paczka wychodziła po 8 zł. 

No to każdy by palił (śmiech).

Karolina: Były klikane, arbuzowe, mojito i wszystkie smaki w sumie. Są takie straganiki na których możesz kupić fajki na sztuki. Jak chcesz rzucać to nie kupujesz całej paczki bo ją wypalisz, tylko na sztuki i jest super.

A jak już się wybawiłaś, popaliłaś to co dalej? Po tej wakacyjno – imprezowej części tripu wracasz jeszcze na parę dni do Bogoty, czy od razu do samolotu?

Karolina: Wróciłam jeszcze na jeden dzień, w sumie żeby wydać ostatnie pieniądze. Kupiłam m.in mrówki, trochę kawy.

Przywiozłaś sobie kolumbijskiego pieniążka?

Karolina: Tak, przywiozłam, tylko trochę źle to rozegrałam. Bo byłam na lotnisku już. Poszłam na strefę bezcłową. Patrzę, że tam jakiś rum kosztuje 25$ i mówię super, bardzo dobra cena, 25 tysięcy to nie dużo, zostanie mi na jakąś kanapkę jeszcze i wodę. Tylko wiesz oni wiesz znaczkiem dolara zaznaczają i dolary i peso. Myślę sobie, nie no Kolumbia to w peso podają ceny. No i poszłam do kasy z tym rumem i typ mi mówi, że to jednak 25 dolarów, ale no wiocha nie przywieźć alkoholu. Dałam mu wszystkie pieniądze jakie miałam, ale on mówi, że za mało to resztę kartą dopłacałam. Nie byłam pewna czy mi wystarczy, ale miałam jeszcze jakieś 13 dolarów na karcie. Także ostatnie pieniądze przepuściłam na alkohol. Potem chciałam jeszcze wodę kupić sobie za 2 dolary i tym razem byłam pewna, że mam na karcie tyle. Nie poszło niestety. Polską kartą chciałam zapłacić nawet, już kij w to jaki mi przewalutują, chciało mi się pic, ale też mi odrzuciło. No to co, poszłam sobie, a za mną w kolejce stał taki starszy pan i wołają zaraz do mnie i się okazało, że mi kupił wodę. Chociaż gdyby wiedział, że za ostanie pieniądze kupiłam alkohol to nie wiem czy by kupił (śmiech).

O, strasznie miło z jego strony.

Karolina: No bardzo miły pan, ale wiesz nie kupiłam nic do jedzenia i czekałam w samolocie, aż mi dadzą coś do jedzenia.

(śmiech). To teraz trzy pytania na koniec. Co Cię urzekło w Kolumbii?

Karolina: Ludzie. Ich otwartość. Ten kraj jest bardzo różnorodny, piękny. Masz i góry i morze, ale to ludzie tworzą tam coś niezwykłego, co sprawia, że chciałoby się tam zostać trochę dłużej.

Poleciłabyś Europejczykom Kolumbię?

Karolina: Bardzo. Chociaż to chyba nie kraj dla wegan i wegetarian, bo jedzą tam bardzo dużo mięsa i sera. Mają na przykład lody serowe. Dosyć ciekawe, smak ciekawy. Taki mrożony ser z borówką na przykład jadłam. Albo taki cukrowy napój pijesz w którym pływa ser, który się tam rozpuszcza. Pijesz sobie i podgryzasz serek. Ja byłam w raju, chociaż lody serowe to chyba trochę za dużo. Nawet dla mnie mimo, że kocham ser. 

Nie przemawia do mnie pomysł na picie czegoś w czym pływa ser (śmiech). Ostatnie pytanie: Jeśli miałabyś wybrać jedno najpiękniejsze miejsce w Kolumbii to które by to było?

Karolina: Tayrona, park narodowy. Ten hamaczek. Najpiękniejsze miejsce. Super doświadczenie. Pierwszy raz spałam w hamaku i myślałam, że całą noc będę się bała, że się zaraz wywalę, ale było cudownie. Jest ciepło, zasypiasz z szumem morza, w powietrzu, lekko się kołyszesz. Do tego ten widok po przebudzeniu. Nie do opisania.

Moja wyobraźnia nie obejmuje tej wizji, to trzeba po protu przeżyć.. Dziękuje Ci za rozmowę, wiem już wszystko co chciałem wiedzieć. Jeśli chcesz coś jeszcze dodać to masz na to niepowtarzalną okazję. 

Karolina: Można tam kupić marihuanę w ciastku i to jest legalne, ale palenie jest już zabronione. Nazywa się to happy brownie i można to kupić normalnie jako streetfood.

Próbowałaś? Nie musisz odpowiadać.

Karolina: … 😉

Z Karoliną Lisińską rozmawiał założyciel strony tripplansfactory.com, Kamil Kowal

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s